wiersze 2015

Laureaci 2015

I miejsce - godło: Miasteczka - Barbara Kowalewska

II miejsce - godło: Karmelek - Grażyna Janota

III miejsce - godło: Szczypta tygrysa - Ewa Frączek

wyróżnienia:

godło: Archont - Piotr Piątek

godło: Niepokorna - Katarzyna Kowalewska

godło: Wyspiarz - Czesław Markiewicz

oraz specjalna nagroda Mirosławy Pajewskiej - Niewykonalny pomiar - Marek Dudziński

Seredcznie gratulujemy.

Jury zwróciło również uwagę na następujące zestawy i pojedyncze wiersze autorów:

 godło: Czuły barbarzyńca – za zestaw wierszy

 godło: Nagi lunch – za zestaw wierszy

 godło: Francik Czkafka – za zestaw wierszy

 godło: Samosiejka – za zestaw wierszy

 godło: Plan B – za zestaw wierszy

 godło: Powierzchnia tnąca – za zestaw wierszy

 godło: Róża – za zestaw wierszy

 godło: Trójmiejska – za zestaw wierszy

 godło: Zwiastun burzy – za wiersz „Byłem wielkim wodzem”

 godło: Palma – za wiersz „Nasza mitologia”

 godło: niby Nic – za wiersz „Ściana tu ściana tam”

 godło: Hawana – za wiersz „Ranek”

godło: (u)Kraina Marcina – za wiersz „Dytyramb na cześć Marcina albo elegia na cześć salowych z przedszkola”

 godło: Krowodrza górka – za wiersz „26.12.2014; Radio FM o śmierci S. Barańczaka”

 godło: Ha – za zestaw wierszy

 godło: Jeziorny szkwał – za wiersz „Korzenie”.

 

I miejsce - godło: Miasteczka - Barbara Kowalewska

 

Fotosynteza

 

skleić obrazy te na rowerku

i w lesie i w sukience niebieskiej z czerwonym serduszkiem

i sepią znaczone w spodniach związanych sznurkiem

z warkoczem który pomagał trzymać dłonie

żeby nie spadły poza

te z wiatrem przyklejonym do włosów i tamte

pachnące chlebem kromką daną

żebrakowi żaden głodny nie odszedł od tych drzwi

bez kromki wyświetla się film co już prześwietlony

że się dom przechylił po wybuchu w trzydziestym dziewiątym

potem się zupa przechylała zawsze na tę samą

stronę nie po tej stronie co byli

mówiło się na stronie że dziadek się nachylał w stronę

radia Wolna Europa zabrali mu piekarnię

Europa się w końcu przechyliła na tę stronę ale

nie ma już dziadka i piekarni

przeszedł na drugą stronę w którą stronę teraz

zupa się przechyla nieruchomieje zimna w kadrze

ciemno

konieczna fotosynteza żeby móc oddychać

więcej światła na ten przechylony z talerzem

stół

 

 

 Pokolenie

 

mają toksyczne matki i trochę rzadziej

toksycznych ojców w każdym razie w literaturze

przedmiotu rzadziej ojcami straszą

zainfekowane wszystkim co rodzicielskie sieroty

zaadoptowane przez pop-psychologię karmione

instrukcją obsługi samotności

w wielkim mieście na odwyku od więzów

przy domowym stole ćwiczą się w życiu na daleki

dystans dolewają sobie animuszu

do kawy ze śmietanką przygodnego seksu zlecają

utylizację toksycznych odpadów instytucjom

pożytku publicznego domu pragnąć się nie ośmielają

tęsknić próbują w sieci pająk kołysze ich sny

i kamienie zwątpienia

 

Zbieranie wiśni

 

wojny nie będzie mówili i zbierali wiśnie

przeciekał przez palce słodki sok dostatku

powietrze stało nieruchome odurzone sobą

narastała duszność czasu i duszność oddechów

dojrzewały uprzedzenia w zaciekłości słońca

pod drgającą powieką nieletniej epoki

stroiła się nienawiść na bale pewności

mankiety czystości przymierzała siła

słychać było z oddali osobne wystrzały

mówiono że to szpaki objadają drzewa

a czas szył już historii mundury na miarę

zakołysał się koszyk świata tam w Wiśniowym Sadzie

rozsypały wiśnie

 

***

 

i dziś zbieramy wiśnie słodki sok dostatku

narasta duszność czasu i duszność oddechów

z poligonu słychać osobne wystrzały

i pomruki wybuchów w palącym powietrzu

dojrzewają uprzedzenia w zaciekłości słońca

pod śpiącą powieką nieletniej epoki

stroi się znowu przemoc na bale pewności

mankiety słuszności przymierza dyktator

ze wschodu słychać osobne wystrzały

wojny nie będzie mówimy to tylko ćwiczenia

każą strzelać do szpaków bo objedzą drzewa

drży koszyk świata znów w Wiśniowym Sadzie

my zbieramy wiśnie 

 

Zielątkowo 2014, Wiśniowy Sad, poligon Biedrusko

 

 

 

II miejsce - godło: Karmelek - Grażyna Janota

 

POWSTANIE. PAŹDZIERNIK 2013

 

tylko czekać jak wybuchnie

kolejnym wulkanem

patrzę rano w okno

darmo wiadra pod ziemią karbid w sklepie 

szkoda różowych weigel na grobli

botwinki ojca

lampy za płotem na nic

mój ogród jak okopy

czas chwycić za broń

  

 

MARTWA NATURA

 

wyrosła zeschła trawa

chora lancetowata babka

ktoś wydeptał szlak

szare pasy ślady dwukołowców

płozy od zimy

zbite od deszczu i gradu

źdźbła kołtuny powojów mleczy nawłoci

nie ma motyli i pszczół

tylko świerszcze budzą nocą

  

ZŁUDZENIE

 

doczekałam się jabłek

wyrosły z ogryzka przy asfalcie

unoszonych wysoko psich łap

zielone morze już nie faluje

zarzuca żółtymi ślimakami

od nich pęka asfalt

butwieją opony

doczekałam się jabłek

przydrożnych polnych

nie moich

 

III miejsce - godło: Szczypta tygrysa - Ewa Frączek

 

26.XII.2014 

 

dziś był piątek i barańczak umarł kilkanaście

razy. udostępnialiśmy wszyscy kolejne jego śmierci

aż do godziny szesnastej podając je sobie na czubku świątecznego

widelca. dalsi znajomi pisali w komentarzu r.i.p. i stawiali gwiazdkę żeby

oświetlała zmarłemu drogę do nieba, a niektórzy o grubych palcach

robili niechcący [&] i wtedy nagle niewidomy chłopiec bez nóżek

wygrał szoł

to była następna bomba. zmieniliśmy temat

na świąteczny wieczór, choć trochę

śmierci w tym wszystkim zostało, okruch lub inspiracja.

wpisałam więc w wąski pasek chcesiezabic.pl i

faktycznie, jest: o nas, regulamin, misja,

polityka cookies.

 

do lustra, chlup

 

tylko tak napisz wiersz żeby

nie było w nim śmierci

tak napisz żeby mama

była dumna i powiedziała

ooo jak ładnie jak pasuje

do wieku urody warkocza i miseczki

de, do czerwonego paska wlepionego nachalnie

we wszystkie ślady z przeszłości

do szuflady w biurku zawsze uporządkowanej

do papierosów o których nikt nigdy

nie myślał poważnie.

 

tak napisz żeby wnuki których

przecież nie będzie nazwały go karmą rodu

sagą przeznaczeniem genetycznym żywym mięsem

słowa, tak napisz żeby pan profesor onanizował się

składnią zdania to-moja-studentka-była, tak napisz

żeby jagna z chłopów okazała się przy tobie

wyrachowaną suką zosia kurtyzaną a oleńka

kochanką radziwiłła.   

 

***

nienawiść do chmur rośnie

z wiekiem. to melancholia mnie brzydzi

jak strup. albo parówki pochlapane tłuszczem.

kiedyś wyniosłam wszystkie lustra

na balkon. odbijały słońce. żółć i zieleń

wchodziły w skórę jak puchnący pęcherz.

powąchaj powietrze, powiedziałam. zanim

jaskółka skaleczy się w skrzydło i dym

z ogniska spleśnieje nam w oczach. zanim rolety

skóry miękkie jak brzuch żółwia

zszyjemy skórzaną podeszwą z ulotek

plastycznej chirurgii.

godzina. cisza i zapach został sam.

niewykorzystane motto z przetrąconym

kręgosłupem z pluszu.  

 

 

wyróżnienia:

 

godło: Archont - Piotr Piątek

 

NA ŚWIĘTA

 

Reni

gdyby nie fioletowe włosy, nie poznałbym ciebie,

lekarz mówił coś o operacji, nie słuchałem, patrzyłem

w gasnące oczy i szukałem zapałek, kołdra ledwo

poruszała ciałem, ziemia ledwo poruszała się pod stopami,

i wszechobecna cisza, cisza otulona ciszą, równo ułożone

stosy białych prześcieradeł, świat wymykał się moim

regułom umierania, a właściwie jednej regule, wszyscy

tylko nie najbliżsi, ciemność połykała jarzeniowe światło,

nazywała gwiazdy, i coś płakało, coś zapadało się głębiej

w poduszkę,

dzisiaj gdy zbliżają się święta, telewizor wygładza się

pozornym spokojem, zamarza horyzont i niektóre ptaki,

nad morzem idę jak najdalej od brzegu, dopóki nie zacznie

trzeszczeć ziemia i coś na zewnątrz nie wypłynie, coś

na co od zawsze czekałem,

co u ciebie? mechaniczne usta lepią slogan, wypuszczają

kłęby pary, co byś zrobił gdybyś wiedział, że nie wrócisz

nigdy do domu?, czas choroby, który trzeba przejść,

stygnie woda, więc wysychasz lub parujesz, każdy

potrzebuje kogoś, każdy się kimś żywi, diagnoza jak owad

zatopiony w formalinie, i wciąż ta asymetria tkanek,

lewe płuco pracuje jak reklamówka unoszona przez wiatr,

prawe zwija się w kłębek

 

PRZYCHODZI

 

przychodzi nad ranem, dryfuje, starając się nazywać

bez pomocy imion, rozciąga się jak obecność, uczula

jak użądlenia pszczół,

ogień co tańczy na krawędziach, puste ptasie kości

w kącie oka, siniak co przerasta zdrową tkankę,

przychodzi i nie bierze jeńców, jest pierwszy w

kolejce do uczuć, ostatni by zrozumieć,

jak nazwałabyś iskrę, co kradnie powietrze, suchość

trocin w gardle, ciężar w brzuchu, pęcherze na dłoniach

gdy ściskam tlący się lont, liczę do dziesięciu i

mamo, zabiłem człowieka, ciemne są fale twoich

włosów gdy pochylasz się nade mną, litościwe

słońce rozszczepia się na śniegu, nie wezmą mnie

żywcem

 

 

TEGO ŚWIATA NIE BYŁO

 

tego świata nie było, dlatego nie dziwi mnie, że nie widać

nieba, czarne ptaki dreptają po nasypach kolejowych,

poboczach, bezludziach, toczą gruz, ten świat nie mógł

istnieć, człowiek przy człowieku kładł się i wierzył, że

udaje drogę, skrzyżowania, na których codziennie czegoś

przybywa, asfaltu, skóry czy chociażby piachu, tworzyły

wciąż nową konstrukcję nośną, piramidy kłujące szczytami,

dłonie wyciągnięte do stworzenia, niektórzy wyjmowali

sobie żebra, ściskali je potem jak kamień i grozili, że będą

istnieć,

nas miało nigdy nie być, dlatego nie dziwi mnie, że nie

poznaję już twojej twarzy, wysprzątaliśmy ciała po sobie

do gołych ścian, ponieważ inni właściciele planują urządzić

je po swojemu, zakończona jest eksmisja przedmiotów,

przekonuję ciebie do odwiedzin w hospicjum, zapalenia

kadzidła, obmycia nóg, zagubienia celowo i pochowania

w zakamarkach, bym nie odnalazł tą część mnie o której

chcę pamiętać,

pada kwaśny deszcz, to co czuję zmniejsza się, karleje,

rozpuszcza i nie zawiera, czasami zapisuję coś na karteczkach

 

godło: Wyspiarz - Czesław Markiewicz

 

Jeszcze Polska – długodojrzewająca

 

uchylone drzwi sypialni rodziców. ojciec sztyletuje

matkę. potem sina twarz zupy jagodowej. siwe włosy

grudniowego świerku. uczenie języka ojczystego jak plątanie

wiśni z wisłą. uderzające podobieństwo linii papilarnych

na pięściach funkcjonariuszy poruszających się po nowym

świecie przy pomocy tej samej mowy. chińskie przepowiednie

między wojnami wariatów z zakonnikami. aluzje w oknach

na podwórze z ideami rozpłaszczonymi na banerach –

 

pytanie czy ojcu zmyto czy wybito zęby mleczne które wypadły

nienajgorzej we wspomnieniach towarzyszy broni z ulicy

sezamowej. matka zwracająca po francusku całą moją płeć

od ukrzyżowanego giewontu po zatopiony w wodzie

święconej dyszkant helu -

 

Polskie dzięcioły – jedyne takie (odlatujące)

 

otwieranie drzwi tak zwanego domu rodzinnego jest

jak zamykanie brzydkich słów na klucz. zawsze

wymyka się jakaś kurwa po której zostaje dziura

w płucach albo ślad po postrzale w serce –

 

pierwsze mieszkanie na własność nie jest odlotem. jest

skrzyżowaniem wolnej łazienki z przeludnioną sypialnią. na

rondzie miski klozetowej wykolejona samotność wyziewa

ducha. noc w listopadzie kończy się już przed pokojem –

 

świt powstaje jak telewizja śniadaniowa. dowiadujmy się jak

żyć żeby umrzeć zdrowiej w jeszcze lepszym szczęściu. albo

jak kryzować trzonowość zębów żeby nie przeciekała krew

z albumów rodzinnych –

 

urządzić sobie orle gniazdo żeby nie zbieleć ze strachu

przed wschodem. nie rumienić się przy zachodzie. żeby

bóg wpadał na partyjkę pokera. bo z diabłem tylko

w szachy. pamięć ma wyłącznie cierpieć

na błyskotliwe zaniki zasięgu w środku koziego rogu

tak zwanej europy –

 

Dobre – bo polskie. Tłumaczenie

 

nie potrafię nienawidzić wiktora pielewina. mówi do mnie

językiem fiodora dostojewskiego. chociaż jestem dla niego

tylko polaczkiem. pijemy piwo z jachymem topolem. wybacza bo

witałem kwiatami żołnierzy wracających z pragi. nie naważyliśmy

tych słów. elfriede jelinek boleje. nie napisała takiej ody

do radości. kolczasty język fryderyka schillera pasuje do tego

jak kozacka czapka naciągnięta na oczy –

 

mężczyźni z mojego podwórka nie mają wyboru

między sępim kolorem szalika michela houellebecqa a purpurą

szlafroku semickiej ciotki imre kertesza. ich nabożeństwa mają

smak niedokładnie wypłukanego pergaminu. ktoś kogo jeszcze

nie uśmierciłem między deskami z okładem dodaje szeptem

i tak dalej –

 

już nie łzawi krwią moja podręczność półki z książkami. spokój

i ducha oddają mi testamenty oraz przepisy na barszcze ukraińskie

knedliki kartofel salad. zostaje to i tak dalej

w tak czy owak obcych językach –

 

 

 

 

 

 

 

Partnerzy

 

Evergroup_logo